Management kontakt:

maria@maniaevent.pl
+48 667 631 717

Ważne – nie przyjmujemy zgłoszeń do programu!

Castingi do programów z moim udziałem prowadzą kanały:  TVN, HGTV oraz TVN Style. Informacji szukajcie na stronach i FB kanałów.

Wesele w… stodole

www.maniaevent.pl
Kategorie: , • Autor: Komentarze ()

Z Patrycją i Rafałem wyruszyliśmy na Mazury w poszukiwaniu miejsca na niewielkie wesele.

Mieliśmy kilka propozycji, ale,  żadna po bliższym przyjrzeniu nie wydała nam się godna uwagi. Był początek marca, zacinał deszcz ze śniegiem, hulał wiatr – aura zdecydowanie nie sprzyjała temu, by dojrzeć piękno nawet w przytulnych w hotelikach nad brzegiem skutych lodem jezior. Na koniec podjechaliśmy do ich siedliska. Niewielki domek – już wyremontowany i kolorowy, stara murowana stodoła i rozpadająca się, stuletnia stodoła. Tu mimo pogody, zauważyłam potencjał jakie niesie to miejsce.

I właśnie wtedy padło pytanie od którego wszystko się zaczęło – a dlaczego nie zorganizować wesela tutaj?

 I tak w ciągu dwóch tygodni stodoła została rozebrana do szkieletu. Po umocnieniu belek nośnych konstrukcja była na tyle mocna, by oprzeć na niej kompletnie nową… stodołę.  Zadanie było tym trudniejsze, że po „imprezowej” premierze, budynek miał wrócić do pierwotnego przeznaczenia, a mianowicie stać się stajnią dla koni Rafała. Dlatego też nie zrobiliśmy podłogi na całości, ale zostawiliśmy część z gołym klepiskiem.

W międzyczasie, pomysł na niewielką uroczystość w gronie rodzinnym urósł do rozmiarów porządnego wesela. Ponad 100 osób – tyle mniej więcej pomieści stodoła w wersji zasiadanej.  Parkiet musieliśmy więc umiejscowić na zewnątrz, – na wzór tych znanych z amerykańskich filmów – otoczony światełkami rozwieszonymi na sznurkach zaczepionych o słupy. Oczywiście w naszym połączeniu geograficznym nie mieliśmy żadnej pewności co do pogody, dlatego też metamorfozie uległa także część starej obory. Tu została zrobiona podłoga, małe okna zastąpiły porte-fenetre, cegły zostały pomalowane na biało. Odświeżyliśmy także żelazne poidła, które podczas przyjęcia miały pełnić rolę baru – w jednym korycie lód i wódki, w dwóch wino umieszone na sianie.

Patrycja miała pomysł na motyw przewodni właściwie od początku – ptaki i wstążki. Wszystko miało być w sielskim – wiejskim klimacie, tak jak miejsce w którym odbywał się ślub.

Jako, że suknia panny młodej, projektowana przez Violę Śpiechowicz, poza elementami wstążek, miała także kamizelkę z wycięciami na wzór ludowych wycinanek/koronkowych serwetek, ten motyw wykorzystaliśmy na parkiecie. Po pomalowaniu go na niebiesko, powstały na nim wzory ludowe.

Jednocześnie rozpoczęliśmy poszukiwania restauracji, która sprosta zorganizowaniu cateringu na 120 osób, poza swoją siedzibą. Nie było łatwo. W końcu trafiliśmy na ofertę Zamku w Rynie i po wielu ustaleniach umiejscowiliśmy tymczasową kuchnię w piwnicach domu.

Dzień przed uroczystością zabraliśmy się za dekorację stodoły – mobile w kształcie ptaków, wstążki, polne kwiaty w słoikach, setki zdjęć rozwieszonych za pomocą drewnianych klamerek do bielizny na sznurkach. Zwykłe ławy z ogródków piwnych – tylko takie miały odpowiednie wymiary by zmieścić się w pomieszczeniu, ubrane w białe obrusy wyglądały pięknie. Na białych cegłach obory zawisły zdjęcia, które jeden z gości przywiózł w prezencie, w ogrodzie rozłożony został namiot z miękkimi poduchami i szisze ze smakowymi tytoniami.

I tak, po trzech miesiącach przygotowań, w końcu nadszedł ten dzień.

Piękna ceremonia w wiejskim kościele, podróż bryczką powożoną przez cudowną Eulalię  z Fundacji Zwierzęta Eulalii, goście z prezentami własnej roboty, pyszne jedzenie. Tort z poziomkami, szampan pity na wzgórzu, gdzie specjalnie na tę okazję powstała altana będąca prezentem Patrycji dla Rafała, chińskie lampiony puszczane w niebo z dobrymi życzeniami. A pogoda? Do 1 w nocy było 28 stopni. I kiedy w końcu niebo przeszył pierwszy piorun i jak to na wsi – wszędzie wyłączył się prąd, już po chwili uruchomiliśmy agregat wypożyczony na tę okazję i goście do rana tańczyli w przygotowanej na tę okoliczność oborze.

 Następnego dnia, na poprawinowym śniadaniu nad jeziorem, goście zajadali się pierogami z poziomkami i wspominali poprzednią noc. Wszyscy byli jednomyślni – było cudownie. Wiejsko, sielsko, ale jednocześnie elegancko i wykwintnie. Czyli tak jak zaplanowaliśmy kilka miesięcy temu, pewnego zimnego marcowego dnia, kiedy przyjechaliśmy na Mazury szukać miejsca na „małe wesele w gronie rodzinnym”